Ostatnio widziałem fragment debaty sejmowej dotyczącej pierwszego czytania nowelizacji budżetu. Budżet - moim zdaniem jeden z ważniejszych tematów w roku. Posłowie jednak uważają inaczej. Spośród 460 wybranych przez naród (tfu! przez partie) na sali obrad było może kilkadziesiąt osób. Za co ci osobnicy pobierają niemałe pensje, diety itd.?
Rzadko kiedy mam okazję słyszeć z mównicy sejmowej coś innego niż przekrzykiwanie się czy jakieś bzdury. Tym razem jeden z posłów mówił z sensem, treść jego przemówienia wykazywała prawdziwą troskę, wezwanie do wszystkich partii, aby wspólnie przedyskutowały, w jaki sposób można uratować naszą gospodarce i zapobiec zbliżającemu się kataklizmowi. To tak w skrócie. Była to wyjątkowo konstruktywna wypowiedź, która w normalnej demokracji ateńskiej miałaby szansę wywołać dyskusję, której owocami mogłyby być reformy kluczowe dla gospodarki.
Niestety w Polsce demokracja działa trochę inaczej. Najpierw wydaje nam się, że głosujemy na posła, podczas gdy tak naprawdę głosujemy na partię. Kandydat na posła karmi elektorat przed wyborami kiełbasą wyborczą, a potem po jego obietnicach pozostaje jedynie wspomnienie. Po wyborach następuje podział sił i sala sejmowa jest podzielona na kilka fragmentów. Posłowie zgłaszają projekty ustaw, potem nad nimi debatują, aż w końcu głosują. Byłoby fajnie, gdyby posłowie rzeczywiście oddawali głos zgodnie z własnymi przekonaniami, a nie pod dyktando lidera partii. Niestety oglądając transmisje z debat sejmowych trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy poseł jednej partii wypowiada się na temat ustawy, to słucha go co najwyżej większość jego partii, a reszta surfuje po internecie, czyta prasę czy opowiada kolegom dowcipy. I tak wiadomo, która partia poprze projekt ustawy, a która tego nie zrobi. Jaki jest więc sens, by opozycja zgłaszała projekty ustaw?
Czemu zatem nie zlikwidować (zdelegalizować) partii politycznych? Można by przecież wybrać 380 posłów z 380 powiatów. Pozostałe 80 osób byłoby z największych miast lub na zasadzie pozostałych 80 posłów z całego kraju z największą liczbą głosów, czy np. 66 posłów z powiatów grodzkich, a 14 z pozostałych powiatów z największą ilością głosów. Oczywiście istnieje ryzyko, że to sparaliżowałoby sejm w przypadku, gdyby wybrani posłowie dostali się do parlamentu wyłącznie dla kasy, a nie w trosce o swój region.
Nie twierdzę, że to najlepsze lekarstwo, ale na pewno trzeba coś zrobić z obecnym systemem politycznym w Polsce, bowiem partie działające tak, jak obecnie, po prostu donikąd nas nie zaprowadzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz